Bar "Zacisze" w kamienicy Kazimierza i Marii Dąbrowieckich. Fot. Kazimierz Kłoda, 1988 r. Przeworsk, woj. przemyskie. Studium historyczno-urbanistyczne, MP-OP-337.

W „Zaciszu” bywało gwarno i bujnie. Historia kultowego lokalu przy ul. Krakowskiej w Przeworsku

Przez dekady zmieniał się z ekskluzywnej restauracji w bezalkoholową jadłodajnię z popularnymi obiadami domowymi. Dzisiaj Muzeum w Przeworsku Zespół Pałacowo-Parkowy przypomina historię restauracji „Zacisze”, która od 1914 roku funkcjonowała w kamienicy przy ulicy Krakowskiej 7. To kolejny punkt na historycznej mapie gastronomicznej miasta, z którym wiąże się nie tylko barwna infrastruktura, ale i wyraziste anegdoty sprzed lat.

Kamienica przy u wylotu ul. Św. Jana wybudowana została w 1914 roku według projektu Walentego Rybackiego. Inwestorem budynku był Kazimierz Dąbrowiecki (1880–1971) – znany przeworski restaurator, kupiec oraz wydawca pocztówek. Dąbrowiecki już od 1908 roku prowadził restaurację z pokojami śniadań i handlem win przy ul. Piłsudskiego 4, a w nowo wzniesionym obiekcie naprzeciwko stworzył nowoczesny lokal, który wraz z żoną Marią prowadził aż do lat 50. XX wieku.

Od 1951 roku „Zacisze” przeszło pod zarząd Powszechnej Spółdzielni Spożywców. Z dokumentacji gospodarczej wynika, że w 1963 roku lokal dysponował:

  • salą konsumpcyjną o powierzchni 102 m²,
  • zapleczem o powierzchni 38 m²,
  • 67 miejscami siedzącymi.

Lokal zatrudniał 13 pracowników, w tym 5 kelnerów i bufetowych, a jego przepustowość sięgała aż 800 klientów dziennie. Pod koniec lat 60., po otwarciu restauracji „Targowa” przy ul. Słowackiego, „Zacisze” przemianowano na zakład bezalkoholowy. Zgodnie z planem gospodarczym PSS na 1968 rok, przekształcenie miało ułatwić utrzymanie porządku i stworzyć spokojną atmosferę dla konsumentów. Stąd też „Zacisze” zasłynęło w całym mieście ze smacznych i niedrogich obiadów domowych. Działalność gastronomiczna w tym miejscu zakończyła się pod koniec lat 80. pod szyldem Bar „Zacisze”.

Jadłodajnia &Quot;Zacisze&Quot; W Tle Pochodu Pierwszomajowego, Lata 70. Xx W. Fot. Udostępnił Norbert Muller.
Jadłodajnia „Zacisze” w tle pochodu pierwszomajowego, lata 70. XX w. Fot. udostępnił Norbert Muller
Restauracja I Sklep K. Dąbrowieckiego W Przeworsku, 1908. Pocztówka Nakładem K. Dąbrowieckiego W Przeworsku. Https://Polona.pl
Restauracja i sklep K. Dąbrowieckiego w Przeworsku, 1908. Pocztówka nakładem K. Dąbrowieckiego w Przeworsku. https://polona.pl

Bójka i „kultura” według ks. Romana Penca

Lokalizacja lokali gastronomicznych – w tym „Zacisza”, „Warszawskiej”, „Bajki” czy „Piwiarni u Słysza” – blisko Kościoła Farnego sprawiała, że obyczajowość ich gości była skrupulatnie obserwowana. Niezwykłą pamiątką z tamtych lat jest wpis ks. proboszcza Romana Penca w Kronice – pamiętniku „Pana Gawędy” z 1940 roku. Duszpasterz opisał w nim przewrotną anegdotę o „kulturalnym” wyjściu do lokalu z jednym z mieszkańców, który właśnie opuścił więzienie:

„Przeworsk w czasie wojny cywilizuje się, można powiedzieć. Dawniej, uważacie, były same podłe karczmy żydowskie i szynki smrodliwe. Dziś inaczej. Powstały restauracje. I mają takie inteligentne nazwy jak Zacisze, Café Mokka, Oaza i inne jeszcze jakieś. Jak w Warszawie. Ano kultura robi się. Postęp. Niech tam! Oni tam lepiej wiedzą, czego nam trza w dzisiejszych czasach. Pewnego dnia przechodziłem właśnie obok takiej restauracji. Zacisze czy Oaza się wabi – nie pamiętam, ale nie o to chodzi. Wyprysnął z niej jakiś gość. Poznałem go. Tutejszy obywatel. Osoba godna, złego słowa rzec o nim nie można. Przed tygodniem wypuścili go z kryminału. Siedział, uważacie, za politykę. Zwędził sąsiadowi prosiaka. Ktoś doniósł i niewinnie chłopa przymknęli. Takie to nieszczęście. Trudno dzisiaj mieć swój niezależny światopogląd. Przed tygodniem wyszedł z kryminału, a przed chwilą wyszedł z restauracji. A może go wyrzucili? Nie wiem. Dość, że idzie. Ale jak? Lewa noga na prawo, a prawa na lewo. Aż dziwota bierze. A niech tam, myślę sobie. Wolno każdemu iść, jak mu się podoba. Może on inaczej nie potrafi, a może jemu lepiej się tak kalkuluje? Ululał się, czy co? Dość, że okoliczności dla niego złożyły się tak jakoś nieakuratnie. Ujrzał mnie. – Chodźcie – powiada – ze mną do tej tam restauracji. Choć raz w życiu trzeba żyć kulturalnie i odetchnąć lepszą atmosferą. Przy tym pogadamy i gardło zwilżymy odrobinę. Nie miałem, uważacie, ochoty, bo jestem człek niepijący. Czasem tylko wypiję odrobinę gorzałki, ot tak, dla przyzwoitości albo dla kompanii. Więcej jak pół litr naraz nie osuszę. Zdrowie, uważacie, nie pozwala. Więc mówię: – Gardło, można powiedzieć, nie zając. Nie ucieknie wam. Macie je zawsze przy sobie, zdążycie jeszcze przepłukać. Lepiej chodźmy na miasto. – Jakie tam miasto! – powiada i ciągnie mnie do tej restauracji. Poszedłem. Wchodzimy, rozumie się, przez drzwi. Gości pełno, muzyka gra, nastrój akuratny. Goście rozmawiają, muzyka gra dość ładnie, można powiedzieć, niezbyt paskudnie. Uszu nie musi się zatykać. Siedliśmy przy stoliku. Nagle przystępuje do nas jakiś pijany gość i bez żadnego wstępu kompromituje mego towarzysza po twarzy. Wali w gębę, niby. Zdziwienie ogólne. A to ci heca! Sam nawet napadnięty zdziwił się. Zjeżył się. Ale za chwilę się rozkleił i mówi po dobremu: – A ty byś, bracie, dał pokój komplimentom. Nie lubię łamigłówek. Mów jasno, o co ci chodzi! – A ten go drugi raz. Zdziwienie jeszcze większe. Wiadomo, nikt się tego nie spodziewał. Chwytam mego towarzysza za rękaw. – Chodźmy – powiadam – stąd. Nie trza być wymagającym. Jak się dwa razy dostanie w gębę to trzeba się tym zadowolić. Nie trza czekać na więcej. Wyszliśmy. I dlaczego właściwie ta restauracja nazywa się Zacisze? Niech mi kto odpowie… A kwestia kultury, to sobacza kwestia!

Lokalne Muzeum zapowiada kontynuację cyklu o nieistniejących już przeworskich zakładach gastronomicznych.

Źródło: Muzeum w Przeworsku Zespół Pałacowo-Parkowy (na podst. tekstu: KI)