Otto Albert Szlęzak, znany wśród bieszczadzkich drwali jako leśniczy „Totek”, to jedna z najbardziej wyrazistych, a zarazem zapomnianych postaci powojennych Bieszczadów. Choć ze względu na niemieckie nazwisko musiał przez lata ukrywać swoją tożsamość jako Jan Ślęzak, zapisał się w pamięci współpracowników jako wyjątkowy fachowiec, zaprzysięgły abstynent i człowiek, który w latach 60. XX wieku prowadził pionierskie prace w dzikich rejonach Sokolików, Beniowej i Tarnawy. Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Krośnie przypomniała tę unikalną historię, rzucając światło na surowe realia pracy leśników sprzed sześciu dekad.
Dla mieszkańców Podkarpacia to fascynująca podróż w czasie do epoki, w której Bieszczady były surowym, odciętym od świata terenem pionierskim, a zmagania z naturą wymagały niezwykłego poświęcenia.
Zmiana tożsamości ze strachu przed szykanami
Życiorys „Totka” odzwierciedla skomplikowane losy ludzi wkraczających w dorosłość tuż po II wojnie światowej. Po ukończeniu Technikum Leśnego w Brynku otrzymał nakaz pracy w Nadleśnictwie Wojtkowa koło Ustrzyk Dolnych. Wcześniej jednak musiał podjąć dramatyczną decyzję o zatarciu swojego prawdziwego pochodzenia.
W latach 1948–1955 w oficjalnych dokumentach występował jako Jan Ślęzak.
W okresie lat 1948-1955 używałem nazwiska Ślęzak Jan, a to z powodów, by nie narażać się na przycinki i nie spowodować złego ustosunkowania się do mnie otoczenia z uwagi, że posiadam imię i nazwisko niemieckie – zmieniłem więc samowolnie nazwisko na Ślęzak Jan – wyjaśniał później Otto Szlęzak w oświadczeniu składanym do Okręgowego Zarządu Lasów Państwowych w Przemyślu.
Dopiero po latach formalną drogą sądową przywrócił swoje rodowe personalia.
Abstynent i tytan pracy za biurkiem
Po odbyciu służby w Ludowym Wojsku Polskim Szlęzak trafił do Nadleśnictwa Stuposiany. W biurze dał się poznać jako niezwykle zdolny i skrupulatny rachmistrz, spędzający długie godziny nad liczydłami, maszynami do pisania i ówczesnymi kalkulatorami mechanicznymi.
W ówczesnych opiniach służbowych jego postawa budziła podziw, a jeden z zapisów szczególnie rzucał się w oczy w ówczesnych bieszczadzkich realiach:
Ob. Szlęzak Otto jest pracownikiem zdyscyplinowanym, posiadającym dużą znajomość administracyjną i przepisów. Pracę przydzieloną wykonuje chętnie i dokładnie, podczas pracy w biurze nie ograniczał się jedynie do godzin służbowych, lecz często pracował po południu w celu wykonania prac, które stanowiły zaległości powstałe z powodu niepełnej obsady kancelaryjnej. Strona moralna bez zastrzeżeń, alkoholu nie używa… – odnotował nadleśniczy w opinii dla OZLP.

Pionierski „wdziar” w bieszczadzkie bezdroża
Praca za biurkiem nie była jednak powołaniem Szlęzaka. Przeniesiony w teren, najpierw do leśnictwa Magura, wiosną 1966 roku został skierowany do nadzoru akcji zwalczania kornika na Sokolikach (w ówczesnym Nadleśnictwie Tarnawa, obecnie podlegającym pod Nadleśnictwo Stuposiany). Pełnił tam rolę podleśniczego, a przez ostatnie cztery miesiące 1968 roku pracował jako pełnoprawny leśniczy.
To z tego okresu pochodzą wspomnienia o pionierskiej wyprawie sprzętowej do Sokolików i Beniowej, którą Szlęzak poprowadził w maju 1966 roku wspólnie z podleśniczym Leonem Biehlerem. Wydarzenie to opisał Biehler w artykule pt. „Wdziar” na łamach „Kultury” we wrześniu 1966 roku, charakteryzując „Totka” jako człowieka, który wyrwał się z papierkowej niewoli biurka jak sokół z klatki, ruszając w góry ze swoim psem Lobo.
Bieszczady lat 60. wyglądały zupełnie inaczej niż dzisiaj:
- na Bukowcu działał przewoźny tartak, przecierający okorowane kłody świerkowe służące jako pułapki na korniki,
- dojazd do Mucznego prowadził jedynie nasypem dawnej kolejki wąskotorowej,
- droga od strony Tarnawy była w zasadzie szlakiem umownym,
- po Bieszczadach nie chodzili turyści, a surowe warunki zmuszały pracowników leśnych do pracy w gumiakach i fufajkach, często bez ciepłych kożuchów.
Wyprawa na Kińczyk Bukowski zamiast ścinki
„Totek” zapisał się w pamięci robotników leśnych i drwali jako wzorowy organizator. W miasteczku namiotowym na Sokolikach zadbał o pełne wyposażenie – w apteczkach znajdowała się nawet deficytowa wówczas surowica przeciw jadowi żmii.
Szczególną historię przekazał drwal Zbyszek Łopatkiewicz. Pewnego sierpniowego dnia Szlęzak zarządził niespodziewaną przerwę w wyrębie lasu. Zamiast do pracy przy pniach, poprowadził kilkunastu robotników na widoczny z obozowiska szczyt Kińczyka Bukowskiego (1251 m n.p.m.). Wędrówka przez świerkowe wyłomiska wzdłuż Halicza i rejon Potaszni zaprowadziła robotników aż do słupków granicznych. Dla wielu z nich, ciężko pracujących fizycznie w bieszczadzkich ostępach, była to pierwsza w życiu wyprawa na tak wysoki szczyt, a odkryte w drodze powrotnej zasobne jagodziska służyły im przez kolejne lata.
W listopadzie 1968 roku Otto Szlęzak przeniósł się na Procisne, a w maju 1972 roku opuścił Podkarpacie, podejmując pracę w Nadleśnictwie Parciaki (ówczesny OZLP Siedlce). Na Sokolikach legenda sprawiedliwego, bezkonfliktowego i niepijącego „Totka” przetrwała jednak całe dziesięciolecia.

Źródło: Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Krośnie
Zdjęcia: Leon Biehler / archiwum (reprodukcja z tygodnika „Kultura”, 1966 r.)















