622799290 1522356156039002 4775271209123510503 n

Odwiedziny u „sław europejskich” i tajemnice pałacu w Pieniakach. Poznaj barwne wspomnienia Róży Dzieduszyckiej

Pamięć rodzinna to jedno z najcenniejszych źródeł, dzięki któremu możemy zajrzeć do świata, który bezpowrotnie minął. Wspomnienia Róży Dzieduszyckiej to niezwykły zapis codzienności u dziadków w Pieniakach. To opowieść o potężnych karetach, egzotycznych oranżeriach, wielkiej nauce i życiu w dawnym majątku, widzianym oczami dziecka. Dla mieszkańców powiatu przeworskiego postać Róży jest szczególnie bliska – to właśnie w Zarzeczu spędziła część życia, a w krypcie tamtejszego kościoła znalazła miejsce wiecznego spoczynku.

Róża Dzieduszycka urodziła się 29 lutego 1880 roku w Wiedniu jako najstarsza córka Tadeusza i Anny z Dzieduszyckich. Choć kojarzona jest głównie z Niesłuchowem, gdzie prowadziła słynne szkółki ogrodowe, jej losy nierozerwalnie łączą się z naszym regionem. W czasie niemieckiej okupacji mieszkała w Zarzeczu, a później w Jarosławiu, gdzie zmarła w 1964 roku. Jej wspomnienia o dziadkach – Włodzimierzu i Alfonsynie z Miączyńskich – to fascynujący obraz galicyjskiej arystokracji, która dbała o naukę i tradycję.

Kareta, pociąg i guma do żucia, czyli podróż na wakacje

Wyjazd do dziadków w Pieniakach był dla Róży i jej rodzeństwa wielkim wydarzeniem. Przygotowania przypominały małą operację logistyczną. Podróż rozpoczynała się od wielkiej karety zaprzężonej w czwórkę koni, którą jechała mama z dziećmi i boną. Za nią podążał drugi powóz z ojcem i nauczycielami, a stawkę zamykał wóz ze służbą i rzeczami.

Z dzisiejszej perspektywy zabawnie brzmi anegdota o gumowym pajacu z dziurą w głowie, którego Róża uwielbiała. Gdy przed podróżą dostała nową zabawkę, bezużyteczną, bo „pełną”, mała Róża po prostu wygryzła mu otwór, by stał się „pożyteczny”. Została za to nawet pochwalona przez dorosłych za bycie „rozsądną”.

Sama trasa wiodła przez stację Zadwórz, skąd rodzina ruszała pociągiem I klasy do Złoczowa. Co ciekawe, ówczesne wagony nie miały korytarzy, a konduktor przemieszczał się po desce na zewnątrz jadącego składu, zaglądając przez szyby do przedziałów.

Pałac pełen tajemnic i wypchanych pawie

Pieniaki były wspaniałą rezydencją budowaną w podkowę. Róża wspomina specyficzny zapach bilardowej sali na piętrze, gdzie ściany pokrywały złocone ramy portretów rodzinnych. Nad balustradą schodów górował wielki, wypchany paw, a lekko skrzypiąca podłoga dodawała temu miejscu aury tajemniczości i lekkiego strachu.

Serce pałacu stanowiły jednak gabinety dziadka Włodzimierza. Był to świat przyrodników – zielniki, zbiory ptaków, owadów oraz ogromne huby wielkości krzeseł. Ważną postacią był tam pan Władysław Zontak, wiedeńczyk i wypychacz zwierząt, który opiekował się muzealnymi okazami. Dzieciom nie wolno było tam niczego dotykać pod hasłem „trucizna”.

Z tamtych czasów pochodzi też wspomnienie o „niedźwiedziu”, którego Zontak obiecał bratu Róży, Pawłowi. Dzieci przez tygodnie planowały, gdzie zbudują klatkę dla zwierzęcia, by ostatecznie dowiedzieć się, że niedźwiedziem była… zajęcza łapka przyczepiona do szczotki, która podskakiwała na stole.

Kiedy zakwitł kaktus, świat się zatrzymał

Dziadek Włodzimierz Dzieduszycki był twórcą muzeum przyrodniczego i mecenasem nauki. Gościł u siebie największe umysły epoki, które wnuki nazywały „sławami europejskimi”. Róża z uśmiechem wspomina, jak podczas tłumaczenia wierszy Kiplinga na balkonie w Poturzycy, z jej ręki wypadł ołówek i spadł prosto na łysinę jednej z takich „sław” siedzącej poniżej z dziadkiem.

Szczególne miejsce w Pieniakach zajmowały oranżerie. Były tam liany, kamelie, kaktusy i palmy. Prawdziwym ewenementem był moment zakwitnięcia rzadkiego kaktusa. Do pałacu zjechali wtedy fotografowie i malarze, a ważna konferencja zarządców majątków została przerwana, bo oczy wszystkich zwrócone były na egzotyczny kwiat.

Dom otwarty i biesiady bez szampana

W Pieniakach rządziła babcia Alfonsyna, zwana Funią. Była kobietą żywą, inteligentną i niezwykle oczytaną – Mickiewicza i Pola znała na pamięć. Prowadziła dom otwarty, pełen gości, choć dziadkowie hołdowali zasadzie prostoty. Zagraniczne rarytasy były niemile widziane, a szampan był wręcz „wyklęty”.

Mimo to, posiłki były ucztą. Na stołach królowały ryby z własnych stawów, szczupaki tak wielkie, że nie mieściły się na deskach, owoce, melony i brzoskwinie. W dolnej jadalni, urządzonej w stylu regionalnym, ściany obite były „weretą” w paski, a na półkach pyszniły się kolekcje pisanek ze wszystkich okolicznych wsi.

Przystań dla powstańców i tradycja

Dwór w Pieniakach był też miejscem szczególnym dla historii narodowej. Dzieduszyccy opiekowali się weteranami powstań narodowych (z lat 1831 i 1863), dając im pracę jako rządcom czy leśniczym. Nauczycielką Róży była Wanda Leszczyńska, wychowanka Hotelu Lambert.

Wspomnienia Róży Dzieduszyckiej to dowód na to, że potęga rodu budowana była nie tylko na majątku, ale na głębokiej kulturze, szacunku do regionu i nauki. Dziś, czytając te zapiski, możemy lepiej zrozumieć historię rodu, który przez pokolenia był związany z naszą ziemią przeworską.

Źródło: Związek Rodowy Dzieduszyckich herbu Sas

Picture of Redakcja Twoje Miasto Przeworsk

Redakcja Twoje Miasto Przeworsk

Zespół lokalnych pasjonatów regionu, którzy każdego dnia dostarczają aktualne informacje z Przeworska i okolic. Piszemy o tym, co ważne dla mieszkańców – kulturze, sporcie, inwestycjach, wydarzeniach i ludziach tworzących nasze miasto.