Choć współcześnie Bieszczady kojarzą się nam z dziką przyrodą i gęstymi lasami, to na przestrzeni od XVI do XIX wieku region ten był prężnie działającym zagłębiem przemysłowym. To właśnie w tutejszych potaszniach produkowano węglan potasu, zwany potażem, który stanowił jeden z najważniejszych towarów eksportowych dawnej Rzeczypospolitej. Proces ten, choć niezwykle zyskowny, pociągał za sobą dramatyczne konsekwencje dla środowiska i doprowadził do wylesienia setek hektarów bieszczadzkich gruntów.
Czym był potaż i dlaczego był tak cenny?
Potaż to nic innego jak oczyszczony węglan potasu, czyli sól alkaliczna pozyskiwana z popiołu drzewnego. Jak podaje XIX-wieczny „Sylwan” z 1845 roku, potaż to „sól alkaliczna, w ogniotrwałym ze wszystkich roślin popiele znajdująca się”. Przed wiekami był to produkt o strategicznym znaczeniu gospodarczym i militarnym. Używano go masowo w hutach szkła, do produkcji mydła, a także jako kluczowy składnik przy wyrobie saletry i prochu strzelniczego.
Polska słynęła na całą Europę z produkcji tego prefabrykatu oraz z doskonałych fachowców, którzy technologią jego wytwarzania dzielili się w najdalszych zakątkach świata. Bieszczady stały się idealnym miejscem dla tego biznesu ze względu na ogromne zasoby surowca drzewnego.
Bieszczadzkie zagłębie potażowe. Gdzie działały fabryki w głuszy?
Wytwórnie potażu, zwane potaszniami, potażarniami lub majdanami potażowymi, powstawały tam, gdzie pod dostatkiem było odpowiedniego drewna. Najwyższą wydajność uzyskiwano bowiem z gatunków liściastych – przede wszystkim z klonu, grabu, wiązu oraz dębu. Spopielanie drzew iglastych było z kolei całkowicie nieopłacalne.
W historycznych dokumentach potwierdzono istnienie takich manufaktur w wielu wschodnich miejscowościach Bieszczadów. Na liście udokumentowanych lokalizacji znajdują się m.in.:
- Beniowa, Buk, Bukowiec, Chmiel,
- Dźwiniacz Górny, Hulskie, Polana, Sianki,
- Smolnik, Solinka, Tarnawa Wyżna, Zawój oraz Żubracze.
Historycy domniemywają, że podobnych miejsc mogło być znacznie więcej, jednak te wymienione pozostawiły po sobie wyraźne ślady w źródłach.
Trudna praca popielarzy i technologia produkcji step-by-step
Cały proces technologiczny był niezwykle czasochłonny i składał się z kilku etapów: spopielania, ługowania, parowania oraz kalcynowania. Nad wszystkim czuwali robotnicy nazywani popielarzami, którzy żyli i pracowali w leśnej głuszy, a nadzór nad manufakturami sprawowali tzw. majdannicy.
Wszystko zaczynało się w majdanach popielarskich. Na stoku góry budowano dół popielarski o dnie i bokach wylepionych gliną lub obmurowanych kamieniami. Kluczem do sukcesu było jak najwolniejsze spalanie drewna w specjalnym ognisku (popielniku). Aby opóźnić ten proces, do ognia dorzucano duże ilości zgniłego drewna, a w niektórych rejonach nawet suszone paprocie, jeżyny, wrzosy czy ściółkę.
Po uzyskaniu popiołu przystępowano do kluczowego etapu w specjalnych naczyniach.
Zasypywanie ługownik
Popiół wsypywano do wielkiej, zwężającej się ku dołowi sosnowej beczki opasanej żelaznymi obręczami, która miała średnicę do 5 stóp (około 1.5 metra).
Ubijanie i zalewanie
Surowiec mocno ubijano i zalewano wrzącą wodą.
Moczenie i odpuszczanie ługu
Po kilku godzinach substancje solne łączyły się z wodą i opadały na dno. Przez otwór w podwójnym dnie spuszczano jasnobrunatny płyn, czyli mocny ług zwany kałkusem.
Kalcynowanie
Zebrany płyn odparowywano, a pozostałość wypalano w specjalnym piecu potażowym, aż produkt osiągnął biały kolor.
Odpady po tym procesie, czyli wyługowany popiół zwany żołą lub łużynami, również nie marnowały się – służyły jako doskonały nawóz lub trafiały do fabryk produkujących saletrę.

Ekologiczny koszt bieszczadzkiego biznesu
Produkcja „leśnego złota” niosła ze sobą ogromną katastrofę ekologiczną. Aby uzyskać zaledwie 30 kg czystego, gotowego do transportu potażu, robotnicy musieli spopielić aż jeden metr sześcienny litego drewna.
Z perspektywy XIX-wiecznych realiów transportowych w Bieszczadach ta dysproporcja była jednak… zaletą. Choć niszczono lasy na masową skalę, to lekki i relatywnie drogi potaż można było łatwo spakować na wozy i opłacało się go przewozić na bardzo duże odległości, w przeciwieństwie do ciężkich i nieporęcznych pni drzewnych. Ceną za ten zysk były jednak bezpowrotnie utracone setki hektarów pierwotnej bieszczadzkiej puszczy.
Czym różnił się potaż od zwykłego popiołu?
Zwykły popiół był surowcem wyjściowym. Potaż był czystym węglanem potasu, który uzyskiwano po wieloetapowym procesie płukania (ługowania) popiołu gorącą wodą, odparowania płynu i wypalenia go w piecu na biały kolor.
Jakie drzewa były najlepsze do produkcji potażu?
Najlepsze wydajności dawały drzewa liściaste. Absolutnym liderem był klon, z którego z jednego sążnia drewna uzyskiwano aż 7.6 funta potażu. Bardzo dobre były też grab, wiąz, jesion i dąb. Całkowicie nieopłacalne było natomiast spalanie drzew iglastych.
Do czego dawniej używano potażu?
Był to kluczowy surowiec w przemyśle chemicznym i rzemiośle. Wykorzystywano go przy produkcji szkła, mydła, do bielenia tkanin, a także w celach militarnych do produkcji prochu strzelniczego.
Źródło: Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Krośnie

















